Sztuka życia

Dokoła siebie dostrzegam wiele wzorców życia, przykładów do naśladowania lub antyprzykładów, postaw ludzkich, które przyciągają lub odpychają. Zachwycam się czynami niektórych ludzi, a staram się odciąć od postępowania innych. Mam wybór, gdyż posiadam wolną wolę. Czasami wybieram świadomie, a czasami reaguję korzystając z podświadomych wzorców wchłoniętych z otoczenia. Kim zatem się otaczam? Jako uczennica Jezusa mam przed oczami Jego zachowanie, decyzje i wybory. Znam Jego ziemskie życie, naukę, przykazania, zasady postępowania, ale czy są one na tyle uwewnętrznione, żeby w chwili próby reagować spontanicznie jak On? Czy tak jest? Czy kiedykolwiek tak będzie? Czy zdążę na tym świecie dojść do świętości?

Stawanie się świętą nie jest łatwym zadaniem. Jednak skoro Bóg powołuje do świętości każdego z nas, to z pewnością, z Bożą łaską, osiągnięcie nieba jest dla każdego człowieka rzeczą wykonalną. Bóg nie stawia mi wymagań ponad miarę. On zna moją słabość i skłonność do grzechu. On zna mnie bardzo dobrze. Wyszłam przecież z Jego rąk. Wie o mnie wszystko. Jak mówi psalmista, wie nawet, kiedy wstaję i siadam. I nie tajna jest dla Niego moja istota. Utkał mnie w łonie mojej matki. Chciał mnie mieć i nadal chce. On jest wierny nawet wtedy, gdy ja nie jestem. Nie porzuca swojego stworzenia tylko dlatego, że dało się zwieść, podejmuje absurdalne decyzje czy też krzyżuje Jego plany. Bóg jest jak nawigacja samochodowa. Kiedy zorientuję się, że zboczyłam z wyznaczonej trasy i zwrócę się do Niego o pomoc, On natychmiast wyznacza objazd, pokazuje, jak wrócić na właściwy kurs. On nawet nie zapisuje w pamięci, że zeszłam z drogi. Jeśli proszę o wybaczenie, Bóg przebacza, zapomina. Nie pielęgnuje urazy, lecz troszczy się o mnie, bo widzi, że bezdroża nie wyszły mi na dobre. Pokaleczyłam się i mam rany, które utrudniają mi teraz życie. On zatem daje mi swoją pomoc, łaskę. Jak długo w niej potrafię wytrwać? Aż do następnego razu.

Swoim postępowaniem względem mnie, Bóg uczy mnie miłości, miłosierdzia, przebaczenia. Czy jestem pojętną uczennicą? Jezus mówi, że szczęśliwi są miłosierni, bo to oni właśnie dostąpią Jego miłosierdzia. Staram się, ale… Usłyszałam kiedyś, że słówko „ale” jest kasownikiem. Użyte w zdaniu wymazuje to, co przed nim się znajduje. A zatem, czy ja się staram? I w ogóle, to na czym ma polegać okazywanie przeze mnie miłosierdzia? Nie jest ono przecież pobłażliwością dla czyjegoś grzechu ani pochwałą krzywdy. Czym zatem jest miłosierdzie? Sądzę, że miłością. Troską o zbawienie drugiego człowieka. Wzniesieniem się na wyżyny swojego człowieczeństwa, ponad swój egoizm, urazy, niechęć, zranienia. Jest przebaczeniem. Świadomą decyzją woli. Postawą pokornego serca.

Chciałabym zawsze czynić to, co dobre jest w oczach Boga, co jest Mu miłe, co raduje Jego serce. Być blisko Jezusa. Pogłębiać swoją relację z Nim. Wierzę, że wówczas zdołam osiągnąć świętość. Nie wiem, jak długa droga życia ziemskiego jest jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że wystarczająco długa, żeby zdążyć wydoskonalić się w miłości. Pewnie gdyby udało mi się cały czas mieć w świadomości cel mojego życia, łatwiej dokonywałabym wyboru dobra. Nie tego pozornego, wygodnego dla mnie, lecz tego prawdziwego. Bardziej skłonna byłabym do wchodzenia przez ciasną bramę. Więcej wymagałabym od siebie. Bardziej rozdawałabym siebie innym. Moje siły, czas, zdolności oddawałabym codziennie na służbę bliźnich i do dyspozycji Boga. Czy nie robię tego teraz? Raczej robię, ale tak na pół gwizdka. A święci szli na całość. Nie oszczędzali siebie. Wiedzieli, komu służą i czyich natchnień słuchają. Byli w pełni świadomi, dokąd zmierzają. A gdybym ja tak zaczęła cieszyć się ze swojego zmęczenia, bo oznaczałoby ono pożytecznie spędzony czas. Może nawet udałoby mi się z czasem dziękować Bogu za trudy, porażki, znieważenia czy prześladowania. To przecież takie ewangeliczne. Ale my, ludzie współcześni, mamy tendencję do unikania wysiłku i trudu. Chcemy żyć wygodnie, często za cenę grzechu. Skoro ja tak nie chcę, muszę iść pod prąd. Jezus mówił, że świat nas znienawidzi, bo Jego najpierw znienawidził. Dlatego nie mam zabiegać, by mnie ludzie lubili. Mam ich kochać i z miłości do nich być świadkiem prawdy, solą ziemi, światłem w ciemności.

 

Opublikowany przez Alina Talewska

Żona, matka dwóch dorosłych córek, nauczycielka języka angielskiego i niemieckiego, związana ze wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym, żyjąca na co dzień duchowością ignacjańską oraz Słowem Bożym.

Przyłącz się do konwersacji

1 komentarz

  1. Dziękuję za te pełne prawdy i refleksji słowa. Potrzeba byśmy wciąż reflektowali w swoim życiu, inaczej będziemy tłumem głupców, którzy idąc w przepaść myślą, że tak powinno wyglądać życie… dostatnie, wygodne, bez zmartwień, trudności… by inni odczytywali nasze oczekiwania i spełniali nasze wymagania…
    Iść za Jezusem, to mieć uśmiechnięte serce, które jednocześnie razem z Chrystusem krwawi, bo ktoś je rani, bo doznajemy biedy i konsekwencji naszej słabosci, bo cierpimy niedostatek ziemskiej miłości, czujemy dyskomfort, targają nami sprzeczności…..
    W tym wszystkim jest ŻYCIE, które tętni, jest prawdą o naszej kondycji, jest autentycznością naszego ja… Myślę, że tak długo, jak długo będę żyła, będę w drodze, która wciąż nie będzie mi wygodna…. Najważniejsze jest, że Jezus już wybawił mnie przez swoją śmierć, jestem odkupiona i pragnę Jego, Boga, pragnę być zbawiona….. Przyjmuje zatem moja drogę do zbawienia i chce się wciąż nawracać… będzie boleć mnie nie raz życie…. zgadzam się na to…. A w Bogu niech nadal UŚMIECHA SIĘ moje serce do Boga, ludzi, sytuacji…. do siebie….

    Alinko… dziękuję, że zachecasz mnie do głębszej refleksji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *