Relacja z Jezusem

J 17, 21

„(…) aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.”

Pierwszą i najważniejszą moją relacją jest relacja z Jezusem. Na jej budowanie powinnam poświęcać swój czas i energię. Jest ona kluczowa dla wszystkich moich pozostałych relacji. Z niej ma wypływać wszystko inne: decyzje, czyny, postawy, znajomości. W oparciu o naukę Jezusa mam dokonywać wyborów, w tym także wyboru towarzyszy swojego życia.

Mogę stanowić jedno z innymi ludźmi jedynie w Jezusie. On stanowi jedno z Ojcem, a my, ludzie, trwając w tej jedności, możemy tworzyć prawdziwą jedność między sobą. Nie sztuczną, udawaną, powierzchniową, ale głęboką, opartą na wartościach ewangelicznych. Dotyczy to każdej jedności – tej małżeńskiej, rodzinnej, wspólnotowej.

Jezus jest Synem Boga, który jest zazdrosny i nie zgadza się, by w moim życiu istniały bożki, by nie był On jedynym moim Panem i Królem. Jeśli zatem próbowałabym tworzyć jedność na własną rękę, nie w Jezusie i Jego wartościach, dopuszczałabym się zdrady. A ja przecież nie chcę zdradzać Jezusa. Chcę być Mu wierna, bo On jest wierny. Bo relacja z Nim nadaje sens mojemu życiu.

Panie Jezu, pomóż mi być Twoim świadkiem, aby świat poznał, że Ty jesteś moim jedynym Panem.

Życie uczennicy Jezusa

J 17,14

„Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.”

Życie człowieka wierzącego musi różnić się od jego niewierzącego otoczenia. Tak zapowiedział Jezus. Jak zatem moje życie różni się od wzorca życia płynącego np. z mediów? Czy różni się? Co jest akceptowalne, a co w świetle nauki Jezusa musi zostać odrzucone? W jaki sposób świat niewierzący wpływa na moje przekonania i zachowanie? Komu tak naprawdę służę? Dlaczego spodziewam się, że ludzie niewierzący zaakceptują moje wybory? Że mnie zrozumieją? Polubią? Poprą? Pokochają? Uznają za swojego człowieka? Czy zabieganie o to przeze mnie nie jest od samego początku skazane na porażkę?

Jak więc żyć w tym świecie? Czy bycie szczęśliwą tu i teraz jest w ogóle możliwe? Jest. Ale pod warunkiem, że będę mocno trzymała się Jezusa. Że będę trwała z Nim w bliskiej relacji. Że będzie to relacja miłości i zaufania. Że będę otaczała się przyjaciółmi, którzy także są uczniami Jezusa i mozolnie starają się kroczyć Jego drogą.

Ale czy ja prawdziwie ufam Jezusowi i Jego nauce? Czy wierzę, że tylko On ma słowa życia wiecznego? Że to ten z pozoru atrakcyjny świat myli się i trwa w złudzeniu, a Jezus głosi prawdę? Że jest to prawda jedyna i niepodważalna? Ponadczasowa?

Panie Jezu, wierzę Ci. Przymnóż mi wiary.

 

Konkret

Dz 15, 26

„(…) którzy dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa poświęcili swe życie.”

Słowa te brzmią pięknie i opisują szlachetną postawę. W chwilach duchowych uniesień budzi się we mnie pragnienie jej naśladowania, tęsknota, aby i o mnie można było kiedyś powiedzieć takie słowa i żeby były prawdziwe.

Na czym miałoby polegać w moim przypadku poświęcenie życia dla imienia Jezusa Chrystusa? Jak mogę odkryć Boży plan na moje tu i teraz? Jak mogę spełnić pragnienia Jezusa względem mnie? Od czego zacząć? Myślę, że od modlitwy do Ducha Świętego o Jego światło i prośby o prowadzenie. Od sumiennego wypełniania swoich obowiązków stanu. Od wyrażania Bogu wdzięczności za moje życie w takim kształcie, jaki ma w tej chwili. Od ciągłego przypominania sobie, że Jezus jest ze mną cały czas, czuwa i w każdej chwili może złapać mnie za rękę, jeśli zaczęłabym tonąć. Od ufności w Bożą miłość do mnie. Od trwania w słowie Bożym. Od naśladowania Jezusa w miłości przyjaciół i nieprzyjaciół.

No to do dzieła, skoro już wiem, co robić. Sądzę, że Panu Bogu bardziej spodoba się, kiedy wykonam choćby najmniejszy czyn z miłości do Niego, z posłuszeństwa Jego nauce niż kiedy snuję wielkie plany i marzenia, które pozostają bezowocne, gdyż pozostawiam je do wykonania na bliżej nieokreśloną przyszłość, na czas, kiedy wszystkie okoliczności zaczną mi sprzyjać.

Panie Jezu, pomóż mi poświęcać na Twoją chwałę moją codzienność. Pomóż mi robić to teraz. Daj łaskę odczytywania Twoich pragnień w konkretnych sytuacjach mojego życia.

 

SZCZĘŚCIARA

J 15, 16

„Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje.”

Jestem wielką szczęściarą. Bóg mnie stworzył. Stwarzając dokładnie obmyślił, jaka mam być. Już wtedy wiedział, do czego jestem przeznaczona. Ja to dopiero odkrywam.

Nie tylko stworzył, ale obmył w wodzie chrztu i namaścił Duchem Świętym. Mam wszystko, czego potrzebuję, aby przynosić owoc. Mogę również prosić o dodatkową pomoc, o różne dary, jeśli serce moje ich zapragnie lub dostrzegę jakąś potrzebę – dla siebie lub innych. Jest obietnica, że otrzymam.

Czy jednak postępuję zgodnie z zamysłem Boga? Gdzie się gubię? Może chcę jakichś spektakularnych efektów zamiast pracować dzień po dniu w szarym pyle dnia. Zamiast gorliwie wypełniać swoje obowiązki i dziękować za każdy trud, który jest mi dany, aby kształtował mój charakter. Aby rosła moja pokora, wytrwałość, stałość wiary oraz inne cnoty. Abym nauczyła się uniżać, umniejszać, żeby Jezus mógł we mnie wzrastać.

Jezu, Ty jesteś moją drogą. Wracam na nią dzisiaj z Twoją pomocą. Chcę w stu procentach wejść w moje powołanie i chwila po chwili wypełniać Twoją wolę względem mnie. O to proszę w imię Jezusa Chrystusa.

Miłość

J 14, 23
„Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.”
Miłość jest najważniejsza. Jezus ciągle o niej mówi. Właściwie tylko ona wystarczy jako zasada postępowania. Jest ona prawem panującym w królestwie Bożym. Trzeba kochać, żeby móc tam zamieszkać. Życie na ziemi zostało mi dane, abym wydoskonaliła się właśnie w miłości, abym nauczyła się kochać, abym stopniowo upodabniała się do Boga, który jest miłością.
Miłość jest przyczyną mojego zaistnienia. Powstałam z Bożej miłości i do miłości zostałam stworzona. Bez miłości marnieję, staję się duchowym karłem, sprzeciwiam się zamysłowi Boga, odcinam się od swoich korzeni. Jeśli więc miłuję, zachowuję naukę Jezusa.
Życie Ewangelią opiera się na miłości. Jest warunkiem jedności z Bogiem, Jego obecności w moim życiu. Jeśli doświadczyłam Bożej miłości, to wiem, że nic jej nie jest w stanie zastąpić, zrekompensować. Nie ma czegoś takiego na świecie, co mogłoby być jej zamiennikiem. Wszystko jest poniżej, jest mniejsze, niewystarczające.
Dlatego też proszę Cię, Panie Jezu, który jesteś miłością, przebywaj we mnie razem z Ojcem i Duchem Świętym. Pragnę nasycać się miłością i żyć zgodnie z jej zasadami, zgodnie z prawem nieba. Naucz mnie, Panie, świadczyć miłość drugiemu człowiekowi i z każdym dniem kochać coraz bardziej.

Pokój

J 14, 27

„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka!”

Pokój. Boży pokój. Nie ten światowy, zewnętrzny, nietrwały, ale pokój serca. Czym on dla mnie jest? Środowiskiem do życia, działania, kochania. Przestrzenią, w której jest miejsce dla Boga i drugiego człowieka. Strefą sacrum, stworzoną Bożym tchnieniem dla dzieci Ojca. Chętnie w niej przebywam, bo jest moim ekosystemem, powietrzem, którym pragnę oddychać.

Nie chcę go porzucać, bo mogłabym stracić życie. Życie Boże we mnie. Nie chcę karmić się fastfoodami tego świata, opierać się na złudzeniach proponowanych przez świat, podsuwanych przez pana tego świata. Nie zbuduję dla siebie i moich bliskich prawdziwego i trwałego bezpieczeństwa swoimi rękami tworząc iluzoryczne zabezpieczenia. Jedynie Bóg jest gwarantem naszego bezpieczeństwa. Bóg, który pragnienie dla swoich dzieci tego, co najlepsze.

Ojcze z nieba, Boże, obdarz mnie, moich bliskich i całą ludzkość Twoim pokojem, abyśmy mogli skutecznie wypełniać nasze codzienne zadania, abyśmy żyli w radości i wdzięczności dzieci Bożych.

Mój Wielki Post

Wielki Post to czas nawrócenia, zbliżania się do Boga, odwrócenia się od zła, grzesznych i osłabiających nawyków, w tym również tracenia czasu na sprawy nieprzydatne z perspektywy wieczności. Jest to także czas szczególnej łaski, kiedy Bóg woła do mnie, abym skierowała do Niego swoje serce i pozwoliła sobie pomóc, bo On pragnie przeprowadzić mnie z niewoli grzechu do wolności dziecka Bożego. Pragnie wprowadzić mnie na drogę prawdy.

Kiedy w okolicach Środy Popielcowej zastanawiałam się nad tegorocznymi postanowieniami wielkopostnymi, nie przeczuwałam, że tym razem będzie zupełnie inaczej niż dotychczas bywało. Nie myślałam, że Bóg tak mocno zadziała i upomni się o swoje dziecko, że zechce zabrać stare, a dać nowe. Nie przypuszczałam, że zostanę postawiona w zupełnie nieznanych okolicznościach i niejako zmuszona do przemyślenia na nowo wielu spraw.

Jedną z nich jest moje życie religijne. Zaczęłam zadawać sobie pytania o jego sens, o fundament, na którym się opiera. Czy są to tylko zewnętrzne praktyki religijne? Dlaczego w powszednie dni chodzę na Mszę świętą? Dlaczego codziennie czytam Pismo Święte lub modlę się? Czy naprawdę to wszystko opiera się na żywej i prawdziwej, jedynej i niepowtarzalnej relacji z Bogiem? Dlaczego starannie lub mniej starannie wykonuję swoje obowiązki zawodowe, domowe, rodzinne? Czy stoi za tym szczera miłość Boga i bliźniego? A może po prostu wpadłam w rutynę? Może pewne zachowania są jedynie nawykami bez treści? Może czuję się wtedy lepsza od innych i to wszystko?

Nagle okoliczności życia uległy zmianie. Ograniczony został dostęp do Eucharystii. Musiałam się zastanowić, czy rzeczywiście pragnę komunii z żywym Bogiem na co dzień. Na ile Jezus jest dla mnie ważny? Czy najważniejszy? Czy jest coś, czego bardziej mi brakuje niż Jego? A moje zaufanie do Niego? Czy ufam, że Bóg potrafi się o mnie zatroszczyć, że mnie kocha nad życie, że zawsze jest ze mną? Czym dla mnie jest cierpienie i śmierć? Czy przeraża mnie perspektywa śmierci? Jezus – Człowiek też się bał. Prosił Ojca, aby oddalił od Niego mękę i śmierć. Ostatecznie jednak zgodził się pełnić wolę Ojca. Chciałabym też tak potrafić. Boże, pomóż, bym umiała.

Pamiętam, że co roku po Wielkim Piątku przychodzi Niedziela Zmartwychwstania. Pojawia się radość poranka. Triumf życia nad śmiercią. Jezus zwycięża. Dzieje się tak co roku. Teraz też tak będzie! Na pewno!

Życie po nawróceniu

Przeciętny, tzw. niedzielny chrześcijanin, katolik, zazwyczaj wcale nie zdaje sobie sprawy z tego, że potrzebuje nawrócenia. Uważa, że i tak daje z siebie dużo Bogu, bo stara się w większość niedziel uczestniczyć w Eucharystii. Do tego, jeśli raz w roku przystępuje do spowiedzi, chrzci swoje dzieci, ma ślub kościelny, dzieli się opłatkiem w wigilię, to jego opinia o własnej religijności jest dość wysoka. Gdyby tak jeszcze pościł przynajmniej w niektóre piątki, jego obraz zbliża się do doskonałości. No bo czy w dzisiejszym świecie, który promuje całkiem inne wartości niż ewangeliczne, to nie jest bardzo dużo? A jednak nie jest. To wszystko prawie nic nie znaczy. Nawet w oczach Boga, który przecież każdy nasz czyn i każdy gest interpretuje na naszą korzyść. Ale Bogu nie chodzi o same praktyki religijne. Bez kontekstu relacji z Nim są to tylko zwykłe czynności kulturowe, nawyki przekazywane przez wiele pokoleń, podobne do tych, jak na przykład rodzinne spacery z psem do lasu lub coroczny urlop nad morzem.

Na czym zatem polega bycie chrześcijaninem? Chrześcijanin to człowiek związany z Chrystusem. Jego Panem jest Jezus Chrystus. Posiada z Nim osobową relację. Chce z nim przebywać. Podporządkowuje mu wszystkie sfery swojego życia. Pozwala Jezusowi porządkować te dziedziny, w których jeszcze nie zapanowało Boże prawo. Doświadczył Bożej miłości i miłosierdzia i pozwala, aby Jezus rozkochał go w sobie. Sam zaś odwdzięcza się Bogu miłością i oddaniem. Stawia Go w życiu na pierwszym miejscu. Wszystkie jego praktyki religijne służą oddaniu czci Bogu. Życie modlitewne ożywiane jest przez Ducha Świętego. Modlitwa jest spotkaniem ludzkiego serca z Bożym sercem. Nie jest więc uciążliwym obowiązkiem. Jest rozumiana jako stawanie w Bożej obecności. Może być milczeniem, ale też wylewaniem swojego serca przed Panem. Jest składaniem Bogu hołdu przy jednoczesnym uznaniu swojej małości i bezradności. Jest zaufaniem, powierzeniem się, bezgranicznym oddaniem. Może być adoracją, wyrażaniem podziwu, dziękczynieniem, a w końcu także prośbą, wstawiennictwem, niekiedy kołataniem bez opamiętania, aby otworzono.

Jak więc powyższe prawdy mają się do tego, co przeciętny ochrzczony człowiek sądzi o sobie? O swojej wierze? O tym, kim jest Bóg i czego od niego oczekuje? Do czego w ogóle dzisiejszemu światu Bóg jest potrzebny? Przecież człowiek coraz doskonalej panuje nad żywiołami, tworzy sobie zabezpieczenia w postaci różnych skomplikowanych urządzeń, zna sposoby leczenia coraz większej ilości chorób. Wydaje się, że można się wygodnie urządzić na tym świecie i być szczęśliwym bez Boga. Myślę jednak, że tylko do czasu. Dobry Bóg wie, że żyjąc w ułudzie samowystarczalności i bez perspektywy wieczności, prędzej czy później dopadnie nas kryzys, na który nie zaradzą ludzkie środki. Ponieważ wszechmogący Stwórca zna nas bardzo dokładnie, ma swoje sposoby, aby wielokrotnie zapraszać błądzącego człowieka na drogę wiodącą ku Niemu. Jest to droga ku nieprzemijającemu szczęściu, lecz władca tego świata bardzo się stara, byśmy myśleli inaczej. Ten nieprzyjaciel natury ludzkiej podsuwa człowiekowi zniekształcony, fałszywy obraz Boga, który nie chce naszej wolności, nie kocha nas, każe nam zasługiwać na swoją miłość i w ogóle nie wiadomo do końca, czy istnieje, czy może jest jedynie produktem naszej wyobraźni.

Czemu o tym piszę? Bo ciągle spotykam ludzi, którzy mimo wcześniej prowadzonego na poły pogańskiego życia, nawracają się na żywą wiarę. Obierają Jezusa jako swojego jedynego Pana i Zbawiciela, oddają Mu swoje życie w nadziei, że nada mu prawdziwy sens. Ja sama przez wiele lat uważałam się za osobę wierzącą. Moja wiara była jednak letnia. Bóg wzywał mnie wielokrotnie, ale ja pośród trosk doczesnych nie słyszałam zbyt wyraźnie Jego głosu. On sam zadbał o to, abym do Niego przyszła. Pociągnął mnie wkładając w moje serce tęsknotę za czymś więcej niż to życie, jakie prowadziłam. Szukałam Go podejmując różne wyzwania, ale było to błądzenie po bezdrożach. Dopiero sytuacja, którą po ludzku można by określić jako katastrofę, przyprowadziła mnie do Niego. Do dziś pamiętam wyraźnie, kiedy podczas rekolekcji kerygmatycznych był moment przewidziany na oddanie swojego życia Jezusowi. Pamiętam również moje wewnętrzne zmaganie się ze sobą i z opinią ludzką. Jednak Jezus we mnie zwyciężył. Pragnęłam zmian, a On był dla mnie szansą na takie zmiany. Uwierzyłam i nie zawiodłam się.

Jak wygląda życie po takim nawróceniu? Po tym pierwszym nawróceniu, które można określić jako punkt zwrotny? Najpierw nadchodzi Boża miłość. Taka, która przewyższa każdą inną miłość lub jej wyobrażenie. Taka całkiem za darmo. Taka ogarniająca całego człowieka wraz z jego grzechem. Potem, w klimacie swojej bliskości, Bóg pokazuje po kolei to, co nie pasuje do życia z Nim, czego trzeba się pozbyć, wyrzec. W całkowitej wolności człowiek może teraz decydować, czy zawierzy Bogu do końca, czy pozostanie przy swoim. Ja zawierzyłam. Nawracanie się nie jest wydarzeniem jednorazowym. To długi proces. Potrzeba cierpliwości. Bóg ją ma, człowiek do samego siebie niekoniecznie. To trudne. Ale warto. Warto budzić się co rano i dziękować Bogu, że się obudziłam, że żyję. Nowy dzień z Nim, to nowa szansa na czyny miłości, na wzrost, na oddawanie chwały Bogu. Otwieram więc rano oczy i pytam: Panie Jezu, to co dzisiaj zrobimy razem?

Sztuka życia

Dokoła siebie dostrzegam wiele wzorców życia, przykładów do naśladowania lub antyprzykładów, postaw ludzkich, które przyciągają lub odpychają. Zachwycam się czynami niektórych ludzi, a staram się odciąć od postępowania innych. Mam wybór, gdyż posiadam wolną wolę. Czasami wybieram świadomie, a czasami reaguję korzystając z podświadomych wzorców wchłoniętych z otoczenia. Kim zatem się otaczam? Jako uczennica Jezusa mam przed oczami Jego zachowanie, decyzje i wybory. Znam Jego ziemskie życie, naukę, przykazania, zasady postępowania, ale czy są one na tyle uwewnętrznione, żeby w chwili próby reagować spontanicznie jak On? Czy tak jest? Czy kiedykolwiek tak będzie? Czy zdążę na tym świecie dojść do świętości?

Stawanie się świętą nie jest łatwym zadaniem. Jednak skoro Bóg powołuje do świętości każdego z nas, to z pewnością, z Bożą łaską, osiągnięcie nieba jest dla każdego człowieka rzeczą wykonalną. Bóg nie stawia mi wymagań ponad miarę. On zna moją słabość i skłonność do grzechu. On zna mnie bardzo dobrze. Wyszłam przecież z Jego rąk. Wie o mnie wszystko. Jak mówi psalmista, wie nawet, kiedy wstaję i siadam. I nie tajna jest dla Niego moja istota. Utkał mnie w łonie mojej matki. Chciał mnie mieć i nadal chce. On jest wierny nawet wtedy, gdy ja nie jestem. Nie porzuca swojego stworzenia tylko dlatego, że dało się zwieść, podejmuje absurdalne decyzje czy też krzyżuje Jego plany. Bóg jest jak nawigacja samochodowa. Kiedy zorientuję się, że zboczyłam z wyznaczonej trasy i zwrócę się do Niego o pomoc, On natychmiast wyznacza objazd, pokazuje, jak wrócić na właściwy kurs. On nawet nie zapisuje w pamięci, że zeszłam z drogi. Jeśli proszę o wybaczenie, Bóg przebacza, zapomina. Nie pielęgnuje urazy, lecz troszczy się o mnie, bo widzi, że bezdroża nie wyszły mi na dobre. Pokaleczyłam się i mam rany, które utrudniają mi teraz życie. On zatem daje mi swoją pomoc, łaskę. Jak długo w niej potrafię wytrwać? Aż do następnego razu.

Swoim postępowaniem względem mnie, Bóg uczy mnie miłości, miłosierdzia, przebaczenia. Czy jestem pojętną uczennicą? Jezus mówi, że szczęśliwi są miłosierni, bo to oni właśnie dostąpią Jego miłosierdzia. Staram się, ale… Usłyszałam kiedyś, że słówko „ale” jest kasownikiem. Użyte w zdaniu wymazuje to, co przed nim się znajduje. A zatem, czy ja się staram? I w ogóle, to na czym ma polegać okazywanie przeze mnie miłosierdzia? Nie jest ono przecież pobłażliwością dla czyjegoś grzechu ani pochwałą krzywdy. Czym zatem jest miłosierdzie? Sądzę, że miłością. Troską o zbawienie drugiego człowieka. Wzniesieniem się na wyżyny swojego człowieczeństwa, ponad swój egoizm, urazy, niechęć, zranienia. Jest przebaczeniem. Świadomą decyzją woli. Postawą pokornego serca.

Chciałabym zawsze czynić to, co dobre jest w oczach Boga, co jest Mu miłe, co raduje Jego serce. Być blisko Jezusa. Pogłębiać swoją relację z Nim. Wierzę, że wówczas zdołam osiągnąć świętość. Nie wiem, jak długa droga życia ziemskiego jest jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że wystarczająco długa, żeby zdążyć wydoskonalić się w miłości. Pewnie gdyby udało mi się cały czas mieć w świadomości cel mojego życia, łatwiej dokonywałabym wyboru dobra. Nie tego pozornego, wygodnego dla mnie, lecz tego prawdziwego. Bardziej skłonna byłabym do wchodzenia przez ciasną bramę. Więcej wymagałabym od siebie. Bardziej rozdawałabym siebie innym. Moje siły, czas, zdolności oddawałabym codziennie na służbę bliźnich i do dyspozycji Boga. Czy nie robię tego teraz? Raczej robię, ale tak na pół gwizdka. A święci szli na całość. Nie oszczędzali siebie. Wiedzieli, komu służą i czyich natchnień słuchają. Byli w pełni świadomi, dokąd zmierzają. A gdybym ja tak zaczęła cieszyć się ze swojego zmęczenia, bo oznaczałoby ono pożytecznie spędzony czas. Może nawet udałoby mi się z czasem dziękować Bogu za trudy, porażki, znieważenia czy prześladowania. To przecież takie ewangeliczne. Ale my, ludzie współcześni, mamy tendencję do unikania wysiłku i trudu. Chcemy żyć wygodnie, często za cenę grzechu. Skoro ja tak nie chcę, muszę iść pod prąd. Jezus mówił, że świat nas znienawidzi, bo Jego najpierw znienawidził. Dlatego nie mam zabiegać, by mnie ludzie lubili. Mam ich kochać i z miłości do nich być świadkiem prawdy, solą ziemi, światłem w ciemności.

 

Wypłynąć na głębię

Szara rzeczywistość znowu daje znać o sobie, doskwiera codzienność. Zwykłe obowiązki nudzą swoją monotonią, powtarzalnością. Ileż razy w końcu można robić to samo i mówić to samo? Dlaczego znowu to? Dlaczego ja? Wszystko drażni. Zaczynam narzekać. Niczego to nie zmieni, wiem przecież. Jednak narzekam. Daję upust swojej frustracji i negatywnym emocjom. Wylewam brudy swojej duszy na innych. Niech posłuchają, jak to mi trudno i źle. Niechaj trochę powspółczują. Niech popodziwiają, jak to się muszę męczyć i jaka to jestem w tym wszystkim bohaterska. Nie rozumieją? Tym gorzej dla nich. Jacy to oni niewrażliwi na cudze problemy. Co za znieczulica społeczna wokół mnie! Świat zmierza ku upadkowi. O tempora, o mores!

No tak. Jak dla mnie, brzmi to znajomo. Dlaczego niekiedy doprowadzam się do takiego stanu? Czy nie lepiej byłoby zatrzymać się już przy pierwszych oznakach nadchodzącej katastrofy? Powiedzieć stop? Byłoby znacznie lepiej. To dlaczego tego nie robię? Czemu nie narzucam sobie dyscypliny zachowania? Nie potrafię? Nie jestem wystarczająco czujna? Zbyt wiele bodźców i obowiązków? Pośpiech i nie zauważam? Zniechęcenie? Pewnie wszystkiego po trochu. Jednak odkryłam, że nie o zachowanie zewnętrzne tu chodzi. Nie ma sensu walczyć z objawami choroby maskując je zamiast zdemaskować przyczynę. Prawdopodobnie jest we mnie bunt. Tylko przeciw czemu? Na co nie chce zgodzić się moje ego? Jestem w swoim mniemaniu kimś lepszym i gardzę codziennym trudem? Zasługuję na coś więcej niż na to, w czym tkwię i co mam? Za mało zarabiam? Nie doceniają mnie? Dlaczego stawiam się ponad innymi, uważam się z lepszą od innych? No tak. To moja pycha, próżność, nieuporządkowane pragnienia. Jezu, ratuj! Sama sobie nie dam rady.

Pan Bóg ma do mnie niesamowitą cierpliwość. Ja takiej do siebie nie mam. W ogóle cierpliwość to moja słaba strona. Chciałabym wszystkiego, co najlepsze i to już zaraz, natychmiast. Chciałabym pójść na skróty. Ale w życiu duchowym nie ma skrótów. Trzeba wszystko przerobić, wypracować, pozwolić się Bogu ogołocić, wyzbyć się nieuporządkowanych przywiązań. Na to potrzeba czasu i łez. Potrzeba umierania z samej siebie. A współczesny świat nie sprzyja kształtowaniu cnoty cierpliwości, nie zachęca do systematycznej pracy, nie ceni wyrzeczeń i trudu. Epatowana ofertami szybkich pożyczek, łudzona możliwościami łatwych rozwiązań i koniecznością natychmiastowego zaspokajania swoich potrzeb ulegam presji ducha tego świata, przemijającego świata, świata rządzonego według zasad ustalanych przez ojca kłamstwa.

Czy zatem nie ma dla mnie ratunku? Czy patrząc na szaleństwo wokół mnie, muszę mu ulegać? Żadną miarą! Można iść pod prąd. Można inaczej. Wierzę, że można. Na razie nie bardzo jeszcze potrafię, ale to nie znaczy, że to niemożliwe. To trudne, ale jednak wykonalne. Już ktoś pokazał, że się da. To był Jezus. On żył godnie. Zawsze wiedział, co należy robić, bo rozmawiał z Ojcem. Wchodził na górę i w samotności modlił się. Nie żal było mu na to czasu. Wszystkie decyzje podejmował po modlitwie. Siły fizyczne, pokój serca, pewność działania i stanowczość postępowania czerpał od Ojca. Zawsze pełnił wolę Boga Ojca. Jezus dał mi przykład. Pokazał drogę. Powiedział nawet, że sam jest drogą. Wystarczy więc, że będę podążać po Jego śladach. On już przetarł szlak na tej ziemi. Mogę zatem spróbować żyć w taki sposób, jak żył Jezus. Mogę poznawać Jego reakcje, postępowanie, słowa pouczenia zapisane na kartach Pisma Świętego. Mam dostępny wzór do naśladowania. Tylko czy zechcę na tyle mocno, żeby nie zniechęcić się przy pierwszych trudnościach? Czy wytrwam, kiedy świat mnie odrzuci, nie zrozumie, skrytykuje lub poniży? Mistrza z Nazaretu spotkał taki właśnie los. Nawet gorszy, z okrutną męką i śmiercią włącznie. Cóż zatem mogłoby mnie motywować do podzielenia losu Jezusa? Zapewne wiara, że Jezus jest prawdomówny. Również nadzieja, że to, co obiecał swoim uczniom, spotka także i mnie. Przede wszystkim zaś miłość do Niego, budowanie z Nim głębokiej osobistej relacji i trwanie w niej nieustannie.