Życie po nawróceniu

Przeciętny, tzw. niedzielny chrześcijanin, katolik, zazwyczaj wcale nie zdaje sobie sprawy z tego, że potrzebuje nawrócenia. Uważa, że i tak daje z siebie dużo Bogu, bo stara się w większość niedziel uczestniczyć w Eucharystii. Do tego, jeśli raz w roku przystępuje do spowiedzi, chrzci swoje dzieci, ma ślub kościelny, dzieli się opłatkiem w wigilię, to jego opinia o własnej religijności jest dość wysoka. Gdyby tak jeszcze pościł przynajmniej w niektóre piątki, jego obraz zbliża się do doskonałości. No bo czy w dzisiejszym świecie, który promuje całkiem inne wartości niż ewangeliczne, to nie jest bardzo dużo? A jednak nie jest. To wszystko prawie nic nie znaczy. Nawet w oczach Boga, który przecież każdy nasz czyn i każdy gest interpretuje na naszą korzyść. Ale Bogu nie chodzi o same praktyki religijne. Bez kontekstu relacji z Nim są to tylko zwykłe czynności kulturowe, nawyki przekazywane przez wiele pokoleń, podobne do tych, jak na przykład rodzinne spacery z psem do lasu lub coroczny urlop nad morzem.

Na czym zatem polega bycie chrześcijaninem? Chrześcijanin to człowiek związany z Chrystusem. Jego Panem jest Jezus Chrystus. Posiada z Nim osobową relację. Chce z nim przebywać. Podporządkowuje mu wszystkie sfery swojego życia. Pozwala Jezusowi porządkować te dziedziny, w których jeszcze nie zapanowało Boże prawo. Doświadczył Bożej miłości i miłosierdzia i pozwala, aby Jezus rozkochał go w sobie. Sam zaś odwdzięcza się Bogu miłością i oddaniem. Stawia Go w życiu na pierwszym miejscu. Wszystkie jego praktyki religijne służą oddaniu czci Bogu. Życie modlitewne ożywiane jest przez Ducha Świętego. Modlitwa jest spotkaniem ludzkiego serca z Bożym sercem. Nie jest więc uciążliwym obowiązkiem. Jest rozumiana jako stawanie w Bożej obecności. Może być milczeniem, ale też wylewaniem swojego serca przed Panem. Jest składaniem Bogu hołdu przy jednoczesnym uznaniu swojej małości i bezradności. Jest zaufaniem, powierzeniem się, bezgranicznym oddaniem. Może być adoracją, wyrażaniem podziwu, dziękczynieniem, a w końcu także prośbą, wstawiennictwem, niekiedy kołataniem bez opamiętania, aby otworzono.

Jak więc powyższe prawdy mają się do tego, co przeciętny ochrzczony człowiek sądzi o sobie? O swojej wierze? O tym, kim jest Bóg i czego od niego oczekuje? Do czego w ogóle dzisiejszemu światu Bóg jest potrzebny? Przecież człowiek coraz doskonalej panuje nad żywiołami, tworzy sobie zabezpieczenia w postaci różnych skomplikowanych urządzeń, zna sposoby leczenia coraz większej ilości chorób. Wydaje się, że można się wygodnie urządzić na tym świecie i być szczęśliwym bez Boga. Myślę jednak, że tylko do czasu. Dobry Bóg wie, że żyjąc w ułudzie samowystarczalności i bez perspektywy wieczności, prędzej czy później dopadnie nas kryzys, na który nie zaradzą ludzkie środki. Ponieważ wszechmogący Stwórca zna nas bardzo dokładnie, ma swoje sposoby, aby wielokrotnie zapraszać błądzącego człowieka na drogę wiodącą ku Niemu. Jest to droga ku nieprzemijającemu szczęściu, lecz władca tego świata bardzo się stara, byśmy myśleli inaczej. Ten nieprzyjaciel natury ludzkiej podsuwa człowiekowi zniekształcony, fałszywy obraz Boga, który nie chce naszej wolności, nie kocha nas, każe nam zasługiwać na swoją miłość i w ogóle nie wiadomo do końca, czy istnieje, czy może jest jedynie produktem naszej wyobraźni.

Czemu o tym piszę? Bo ciągle spotykam ludzi, którzy mimo wcześniej prowadzonego na poły pogańskiego życia, nawracają się na żywą wiarę. Obierają Jezusa jako swojego jedynego Pana i Zbawiciela, oddają Mu swoje życie w nadziei, że nada mu prawdziwy sens. Ja sama przez wiele lat uważałam się za osobę wierzącą. Moja wiara była jednak letnia. Bóg wzywał mnie wielokrotnie, ale ja pośród trosk doczesnych nie słyszałam zbyt wyraźnie Jego głosu. On sam zadbał o to, abym do Niego przyszła. Pociągnął mnie wkładając w moje serce tęsknotę za czymś więcej niż to życie, jakie prowadziłam. Szukałam Go podejmując różne wyzwania, ale było to błądzenie po bezdrożach. Dopiero sytuacja, którą po ludzku można by określić jako katastrofę, przyprowadziła mnie do Niego. Do dziś pamiętam wyraźnie, kiedy podczas rekolekcji kerygmatycznych był moment przewidziany na oddanie swojego życia Jezusowi. Pamiętam również moje wewnętrzne zmaganie się ze sobą i z opinią ludzką. Jednak Jezus we mnie zwyciężył. Pragnęłam zmian, a On był dla mnie szansą na takie zmiany. Uwierzyłam i nie zawiodłam się.

Jak wygląda życie po takim nawróceniu? Po tym pierwszym nawróceniu, które można określić jako punkt zwrotny? Najpierw nadchodzi Boża miłość. Taka, która przewyższa każdą inną miłość lub jej wyobrażenie. Taka całkiem za darmo. Taka ogarniająca całego człowieka wraz z jego grzechem. Potem, w klimacie swojej bliskości, Bóg pokazuje po kolei to, co nie pasuje do życia z Nim, czego trzeba się pozbyć, wyrzec. W całkowitej wolności człowiek może teraz decydować, czy zawierzy Bogu do końca, czy pozostanie przy swoim. Ja zawierzyłam. Nawracanie się nie jest wydarzeniem jednorazowym. To długi proces. Potrzeba cierpliwości. Bóg ją ma, człowiek do samego siebie niekoniecznie. To trudne. Ale warto. Warto budzić się co rano i dziękować Bogu, że się obudziłam, że żyję. Nowy dzień z Nim, to nowa szansa na czyny miłości, na wzrost, na oddawanie chwały Bogu. Otwieram więc rano oczy i pytam: Panie Jezu, to co dzisiaj zrobimy razem?

Opublikowany przez Alina Talewska

Żona, matka dwóch dorosłych córek, nauczycielka języka angielskiego i niemieckiego, związana ze wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym, żyjąca na co dzień duchowością ignacjańską oraz Słowem Bożym.

Przyłącz się do konwersacji

1 komentarz

  1. Jak bardzo chciałoby się żeby Ci, którzy jeszcze nie rozpoczęli drogi z Jezusem opartej na osobistej relacji, zrozumieli i chcieli przyjąć, że TA RELACJA zmienia całe życie…. zmienia całego człowieka..I odtąt nie idzie, już sam, ale zawsze z Nim. I wszystko z Jezusem wygląda inaczej…
    Dziękuję Alinko za kolejną dawkę DOBREO DZIELENIA😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *